Każdy z nas chyba tęskni do trzynastoletniego siebie. Za mgłą wciąż widzimy tę energię do walki i buntu – dobrego buntu, który warto podjąć, by wyrazić siebie, tę nie powracającą już więcej chęć zmiany świata, te długie wieczory ze łzami na policzkach, łzami niezrozumienia, które bolały, ale i dodawały otuchy w „walce o wolność”, której nikt nigdy nie umiał zdefiniować. Chcieliśmy wykrzyczeć światu naszą jedyną i oczywistą, choć nieukształtowaną jeszcze prawdę. Nie wiedzieliśmy (i przecież nadal nie wiemy) kim jesteśmy i jakie jest nasze miejsce w świecie. Z tą różnicą, że wtedy chcieliśmy szukać odpowiedzi na te pytania. Zadawaliśmy sobie (bo nikt inny i tak by nie wiedział) pytania o to, czym bylibyśmy, gdybyśmy nie byli sobą i jak to jest być kimś innym. Już nigdy później nie byliśmy tak głęboko i bezinteresownie uduchowieni. Tylko ci, którzy nie przestali tworzyć i notować swoje przemyślenia, gdy przeminął okres ich buntu i gdy wyrazili niemą zgodę na przypływ obowiązków, nakazów i zakazów, mogli pozostać z wewnętrznym dzieckiem na dłużej. Tego właśnie siebie z przeszłości słuchali i pamiętali wszyscy artyści, nawet ci, o których nikt nigdy nie słyszał. Może nawet ci, o których sztuce mówiło się, że jest słaba i bełkotliwa, tworzyli wielkie dzieła, bo mieli do przekazania swoje idee.